The King Slayer. Królobójczyni

The King Slayer. Królobójczyni

Dla młodzieży

Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 311
Rozmiar 1 MB
Data premiery: 2016-12-01
Tytuł: The King Slayer. Królobójczyni
Autor: Boecker Virginia
Tłumacz: Komerski Grzegorz
Wydawnictwo: Jaguar
Język wydania: polski
Język oryginału: angielski
Liczba stron: 311
Data premiery: 2016-12-01
Rok wydania: 2016
Format: EPUB
Liczba urządzeń: bez ograniczeń
Drukowanie: bez ograniczeń
Kopiowanie: bez ograniczeń
Indeks: 20655525

The King Slayer. Królobójczyni Pdf. Wojna zawsze wiąże się z poświęceniem oraz zatarciem granic pomiędzy dobrem i złem. kontynuacja powieści „the which hunter: łowczyni”. elizabeth grey przebywa w magicznie chronionej miejscowości harrow, starając się ukryć się przed uzurpatorem anglii, który wyznaczył nagrodę za jej głowę. The King Slayer. Królobójczyni Ebook. Teraz dziewczyna musi zdecydować, jak daleko jest w stanie posunąć się, by ocalić tych, których kocha. . Po ostatnim spotkaniu z elizabeth lord blackwell pragnie większej władzy i przygotowuje się do wojny z czarownicami i czarownikami, którzy stali się sojusznikami elizabeth. po utracie źródła swojej mocy elizabeth jest wyczerpana fizycznie i psychicznie.

Komentarze

#Ivy

#Ivy

Naładowana pozytywnymi oczekiwaniami już na samym starcie otrzymałam niezbyt miłą niespodziankę. Miałam wręcz nietęgą minę, kiedy to po pierwszym rozdziale zaczęłam się martwić o przesłodzenie fabuły. Bałam się, że gorące uczucie Elizabeth i Johna może przyćmić swoim żarem namiętności zdarzenia, za którymi tak tęsknie spoglądałam. Nie zrozumcie mnie źle – uwielbiam ich jako parę i ogromnie się cieszę ich szczęściem, ale opis wskazywał na nieco mocniejsze doznania w innych sferach. Parę stron później ta oczekiwana sceneria wysunęła się na pierwszy plan, co mnie niezmiernie uradowało. I właśnie wtedy zrozumiałam, że to był przedsmak tego, co tak naprawdę na mnie czekało w dalszej części [Królobójczyni].Średniowieczny klimat ze swymi wszędobylskimi intrygami oraz zaskakującymi zdradami i sojuszami zaatakował mój umysł z ogromną siłą rażenia. Autorka doskonale odzwierciedliła tamte realia, co można wyczuć na każdym kroku. Kiedy też już miałam wrażenie, że do fabuły wkradła się sielanka mogąca pomóc odetchnąć bohaterom, to właśnie wtedy następował kolejny zwrot akcji wywołujący spore zamieszanie w ich życiu. Właśnie dzięki takim zabiegom udawało mi się zapomnieć o całym świecie! Nieraz nie byłam w stanie złapać oddechu czy też zmusić swojego rozszalałego serca do uspokojenia się. A to wszystko za sprawą – uwielbianych przez autorkę – zastosowań niespodzianek. Także dość długo wodzono mnie za nos i każde typowanie szpiega kończyło się moimi pomyłkami, a gdy poznałam jego imię to wręcz plułam sobie w brodę, że nie przyszedł mi on do głowy znacznie wcześniej! Niestety w jednym momencie czułam ogromne zakłopotanie. Potrzebowałam wtedy dłuższej chwili, aby przeczytać pewne linijki raz jeszcze w celu zrozumienia ich, coby poskładać dane cząsteczki w spójną całość. No cóż... tak to już bywa, gdy akcja goni akcję, nieprawdaż? Oczywiście przyszło mi także cierpieć na bóle brzucha, które były wywołane moimi niekontrolowanymi wybuchami śmiechu pomagającymi odstresować się przed lub po mrożących krew w żyłach przygodach głównej bohaterki, gdzie takich tutaj nie brakowało. Wszystko to sprowadzało się do zakończenia wbijającego w fotel. Nie spodziewałam się tam aż tak wielkiej dramaturgi! Siedziałam jak na szpilkach, chłonąc informacje niczym gąbka wodę. A kiedy zamknęłam książkę powiedziałam tylko: O rety! Oczywiście w nieco mniej kulturalny sposób, ale to można wyciąć...Chociaż Elizabeth była już u progu śmierci i niewiele jej brakowało, by go przekroczyć to udało jej się zachować większość swojego charakterystycznego ognistego temperamentu, który tak bardzo u niej cenię. Niestety problemy wynikające z osłabienia organizmu oraz czyhających na każdym kroku trudności powodowały, że ten żar przygasał. Także utrata znamienia dawała się byłej łowczyni we znaki, przez co strasznie jej współczułam. Na całe szczęście mogła ona liczyć na wsparcie przyjaciół i to właśnie oni wręcz zmuszali ją do treningów poprawiających kondycję nie tylko fizyczną, ale również psychiczną, gdzie przy tym drugim mieli o wiele więcej roboty. Sytuacji nie ułatwiał fakt podupadających relacji dziewczyny z Johnem i jak na samym początku błagałam o zmniejszenie ilości romantyzmu, tak tutaj modliłam się o zakończenie tego skromnego melodramatu. Niestety nie mogę wam zdradzić, czy moje modlitwy zostały wysłuchane. Psucie niespodzianek to nie moja specjalność!Ponownie nie mogę się przyczepić do kreacji pobocznych postaci, bo gdybym to zrobiła to poszłabym wybatożyć się rzepą za tak okrutną zbrodnię. Nadal jestem pod ogromnym wrażeniem bohaterów, których pokochałam już w pierwszym tomie i to uczucie nadal się we mnie tli. Oczywiście do tej skromnej listy muszę dorzucić Schuylera, którego poczucie humoru wywoływało u mnie wspomniane nieco wcześniej niekontrolowane wybuchy śmiechu! Jak ja mogłam go wcześniej nie doceniać? Naprawdę byłam ślepa. Czy to już czas, aby udać się do okulisty w celu wymiany szkiełek w okularach na nieco mocniejsze?Nauczona tego, że zazwyczaj kolejne tomy danej serii miewają swoje wzloty i upadki względem jakości kunsztu pisarskiego znacznie obawiałam się tego, że Virginia Boecker może nie utrzymać narzuconego sobie wcześniej poziomu lub po prostu na nim pozostać. Tym samym autorce udało się mnie zaskoczyć, bo nie dość, że ponownie zachwyciła mnie plastycznymi opisami pomagającemu czytelnikomi widzieć oczami wyobraźni wszystkie zakamarki tamtego świata to nadała im jeszcze większej mocy. Także ponownie zmierzyłam się z przytłumionymi przekleństwami, co naprawdę sobie chwalę. Nic nie psuje tego typu książek, jak nadmierne wulgaryzmy wypływające z ust uwielbianych przez nas postaci. Na samą myśl o tym mam ciary na plecach! Idealna kontynuacja, a zarazem wyśmienite zakończenie serii. Polecam!

pabottyro

pabottyro

The King Slayer – Królobójczyni to druga i zarazem ostatnia część cyklu Łowczyni (recenzja). Muszę przyznać, że jest mi trochę przykro, ponieważ historia Elizabeth – łowczyni czarownic, naprawdę przypadła mi do gustu. Virginia Boecker ponownie mnie zaskoczyła. Pokazała nam nie tylko walkę dobra ze złem, pokazała jak trudna bywa walka z samym sobą, zmierzenie się z konsekwencjami naszych czynów i wyborów. Pokazała, co znaczy miłość, przyjaźń czy poświęcenie, pokazała, że dla każdego, mimo wszystko, jest jeszcze nadzieja. Elizabeth nie nosi już magicznego znamienia, które chroniło ją przed zranieniami, chce jednak udowodnić, że nadal jest tak samo wartościowym wojownikiem, chce pokazać, że stała się lepszym człowiekiem. Dziewczyna stawia sobie jeden, nadrzędny cel – zabicie Blackwella. Wie, że tylko kończąc z nim raz na zawsze, będzie mogła zapewnić bezpieczeństwo tym, których kocha. Nie czekają ją łatwe wybory. Zdrada, więzienie, magiczne rytuały… Czy ktoś mówił, że będzie z górki? Czasem miałam wrażenie, że dziewczyna ze stratą znamienia straciła jakąś część siebie, że w pewien sposób zaczęła obawiać się ryzyka i zaczęła ponosić porażki, że nie potrafiła poradzić sobie bez czyjejś pomocy. Trochę mi się to gryzło z jej wizerunkiem, z poprzedniej części.W książce pojawia się kilkoro nowych bohaterów jednak zdecydowanie na pierwszy plan wysuwa się postać zdetronizowanego przez wuja króla Malcolma. Muszę Wam powiedzieć, że o dziwo nie sposób go nie lubić. Jest odważny, dosyć zabawny i choć czasem bywa zaślepiony i naiwny jak dziecko, jest skłonny do poświęceń i współczucia. Na uwagę zasługuje również Keagan z Zakonu Róży. Jest waleczna, pewna swego i bezkompromisowa. Jeśli zaś chodzi o postacie, które już dobrze znamy. John, ach John… Cóż, dzieją się z nim bardzo niepokojące rzeczy. Facet praktycznie stoi nad przepaścią. Czy zaprzeda duszę „diabłu”? Fifer i Shuyler trzymają poziom z pierwszej części, a Nicholas, to Nicholas. (Mam do tej postaci wielki sentyment.)Zaskoczył mnie natomiast wątek Caleba – muszę przyznać, że tego się jednak po nim nie spodziewałam. (Jeszcze trochę i uwierzę, że ludzie potrafią się zmieniać haha :D)Wątek miłosny – wiadomo, że jest. Nie jest jednak nachalny i nie wysuwa się na pierwszy plan. Zdecydowanie to coś więcej niż chemia i sama fizyczność. Mam wrażenie, że gdyby zabrać książce ten wątek, w pewnie sposób obdarto by ją z nadziei. John i Elizabeth są tak słodcy z tą swoją miłością i troską, że to zdecydowanie nie byłaby ta sama historia (przyjaciółka słysząc moje określenie, że są „słodcy” na pewno by się oburzyła i spojrzała na mnie tym złym wzrokiem – jak to mówi „słodka to może być czekolada, ewentualnie mały kotek, ale w żadnym wypadku ludzie”). Autorka pokazała ile trudności trzeba czasem pokonać by zdobyć swoje szczęście. Virginia Boecker cały czas trzyma poziom. Muszę Wam powiedzieć, że bardzo polubiłam jej styl. Nie za długie opisy, które jednak dobrze podkreślają klimat historii. Ciekawe słownictwo i brak „lania wody". Książkę czyta się bardzo szybko. Akcja jest wartka, a dodatkowo możemy liczyć na nagłe zwroty historii. Napięcie, w szczególności w końcówce, stoi na naprawdę na wysokim poziomie.Muszę przyznać, że czytając książkę przeżyłam chwile grozy, a w moje głowie kołatała się myśl „Nie, nie, nie… Jak ona mogła”… Nie powiem Wam kto, ani co zrobił i czy ta osoba uzyskała moje „przebaczenie” czy będę jej nienawidzić do końca moich dni. Powiem tylko, że w oku zakręciła się łezka. Nie mogę także pominąć pięknej okładki. Świetnie wpasowuje się w klimat powieści i na dodatek jest strasznie magnetyczna i intrygująca. Jestem bardzo na tak!Nagadałam się, ale jeszcze ogólne podsumowanie. Czy The King Slayer – Królobójczyni jest lepsza od Łowczyni? Sama mam dylemat. Każda z nich miała swoje momenty. Trudno mi wskazać zwycięzcę. Uważam, że historia stworzona przez Virginie Boecker jest naprawdę jedną z lepszych jeśli chodzi o książki z czarownicami i magią. Walka o tron, polowanie na czarownice, zdrada, poświęcenie, miłość i magia. Czego chcieć więcej?

Zostaw komentarz